Dwie reguły wejścia w życie wypadają tego samego dnia
Osoba odpowiedzialna za zgodność u europejskiego producenta wyświetlaczy spędziła wiosnę na przygotowaniu jednego slajdu. Od 31 lipca kupujący, który wybierze naprawę zamiast wymiany, dostaje dwanaście dodatkowych miesięcy rękojmi. Zmiana czysta i ograniczona: dotyczy umów podpisanych od tej daty, finanse mogą potraktować ją jako rezerwę, a nic z tego, co już jest w obiegu, nie zostaje ruszone.
Ten slajd opisuje połowę dyrektywy 2024/1799 i jest to ta połowa, która zachowuje się tak, jak od nowego przepisu się oczekuje. Druga połowa nie wiąże się ze sprzedażą w ogóle. Obowiązek naprawy po stronie producenta wiąże się z produktem. Producenci towarów wymienionych w załączniku II muszą je naprawić na żądanie konsumenta w rozsądnym terminie i za rozsądną cenę, dostarczać części i narzędzia w cenach, które nie zniechęcają do naprawy, i nie mogą stosować klauzul umownych ani środków technicznych utrudniających naprawę. Nigdzie ta konstrukcja nie pyta, kiedy urządzenie sprzedano.
Niemiecki projekt ustawy wdrożeniowej, opublikowany przez Federalne Ministerstwo Sprawiedliwości i Ochrony Konsumentów, z konsultacjami zamkniętymi 13 lutego 2026 r., nazywa ten podział bez ozdobników: nowe przepisy o sprzedaży dotyczą umów zawartych od 31 lipca 2026 r., natomiast obowiązki naprawcze producenta obowiązują od wejścia w życie niezależnie od tego, kiedy produkt został kupiony. Gałąź gwarancyjna rośnie transakcja po transakcji. Gałąź naprawcza przychodzi w całości.
Co naprawdę jest na liście
Załącznik II jest krótki i nie jest tą listą, którą opisuje większość doniesień. Opiera się na towarach już objętych wymogami naprawialności w prawie Unii: pralki i pralko-suszarki, zmywarki, chłodziarki, wyświetlacze elektroniczne, sprzęt spawalniczy, serwery i produkty do przechowywania danych, telefony komórkowe, telefony bezprzewodowe i tablety, suszarki bębnowe, miejscowe ogrzewacze pomieszczeń oraz od 18 lutego 2027 r. baterie do rowerów i hulajnóg elektrycznych.
Obowiązek należy się konsumentom i dlatego serwery oraz pamięć masowa figurują na liście, nie zmieniając wiele dla szafy w hali kolokacyjnej. Z wyświetlaczami, telefonami i tabletami jest odwrotnie. Sprzedaje się je konsumentom masowo, objęte są już zasadami ekoprojektu dotyczącymi naprawialności, a ich zainstalowany park w pojedynczym państwie członkowskim liczy miliony sztuk, których nikt nie modelował jako zobowiązania serwisowego.
Obowiązek nie sprowadza się do przyjęcia naprawy. Producent musi opublikować orientacyjne ceny typowych napraw w ogólnodostępnym serwisie, a warsztat wystawiający europejski formularz informacji o naprawie jest związany zawartymi w nim warunkami przez 30 dni. Wycena przestaje być rozmową i staje się dokumentem z terminem ważności, czyli dokładnie w tym punkcie ceny napraw po raz pierwszy stają się na rynku porównywalne.
Państwo spóźnione to państwo większe
Do 30 lipca, według Right to Repair Europe, tylko garstka z dwudziestu siedmiu formalnie zawiadomiła Komisję o zakończeniu transpozycji. Kilka kolejnych opublikowało projekty ustaw albo było daleko zaawansowanych. Wiele nie było ani w jednym, ani w drugim miejscu.
Opóźnienie nie zmniejsza obowiązku. Przesuwa moment, w którym ten obowiązek ląduje, i powiększa to, na czym ląduje. Ponieważ obowiązek wiąże się z produktami, a nie z umowami, każda sztuka wysłana przez producenta do wolnego państwa członkowskiego między dzisiaj a krajową datą wejścia w życie dołącza do populacji, którą obowiązek w końcu obejmie. Rynek, który włączy przepis w marcu 2027 r., nie podarował swoim producentom ośmiu spokojnych miesięcy. Dołożył osiem miesięcy zainstalowanego parku do zobowiązania, które potem przychodzi jednym krokiem.
Producent sprzedający w całej Unii trzyma zatem jeden obowiązek z dwudziestoma siedmioma datami startu i bez odpowiadającej im różnicy w zakresie. Planowanie według najwcześniejszej daty to jedyna wersja, która nie wymaga osobnej prognozy części na każdy kraj, i jest tańsza, niż wygląda, bo magazyn, którego rynek spóźniony zażąda w 2027 r., to ten sam magazyn, którego rynek wczesny żąda dzisiaj.
Infrastruktura przychodzi siedemnaście miesięcy po obowiązku
Dyrektywa buduje także mechanizm wyszukiwania. Europejska platforma internetowa dla napraw, rozszerzenie portalu Your Europe, ma pozwolić konsumentom znaleźć zarejestrowane warsztaty, przy czym Komisja prowadzi technologię, a państwa członkowskie rejestrację. Interfejs ma powstać do 31 lipca 2027 r., a platforma zacznie działać w styczniu 2028 r. Państwa członkowskie mają czas do 31 lipca 2029 r. na wprowadzenie własnych środków promujących naprawę.
Obowiązek żyje dziś, a maszyneria, która ma kierować do niego popyt, leży siedemnaście miesięcy dalej. Ta luka decyduje o wolumenie pierwszego roku mocniej niż tekst przepisu. Dopóki platformy nie ma, liczbę zgłoszeń naprawczych, które dostaje producent, ustala ten, kto powie konsumentom, że prawo istnieje, czyli w praktyce krajowe organizacje konsumenckie, detaliści konkurujący obsługą posprzedażną oraz niezależne warsztaty o oczywistym interesie handlowym w nagłośnieniu sprawy.
Planowanie spokojnego pierwszego roku to więc zakład, że nikt nie będzie reklamował, podczas gdy najlepiej ustawieni do reklamowania są ci, którzy zarabiają na ruchu. Bardziej obronne jest założenie dwunastu wolnych miesięcy, a potem skoku na początku 2028 r., z zobowiązaniem częściowym wymiarowanym na drugi okres, a nie na pierwszy.
Opublikuj cenę, zanim ktoś inny ustali twoją
Słowo, na którym ta dyrektywa opiera się najmocniej, to rozsądny, i nigdzie go nie definiuje. Right to Repair Europe postawiła dokładnie ten zarzut przepisom o częściach i narzędziach i zapowiedziała, że będzie mierzyć wdrożenie właśnie tym. Cena, która nie zniechęca do naprawy, to standard, który wypełnia nadzór i orzecznictwo, a nie tekst.
Obowiązek publikowania orientacyjnych cen typowych napraw jest miejscem, gdzie to rozstrzyga się publicznie. Pierwsze wiarygodne cenniki w kategorii stają się punktem odniesienia, według którego mierzy się wszystkich pozostałych. Kiedy krajowy organ będzie musiał ocenić, czy wymiana wyświetlacza za 810 złotych zniechęca do naprawy, spojrzy na to, co publikują porównywalni producenci, a cenniki istniejące najwcześniej będą tymi, na które spojrzy.
W Polsce ta ocena przechodzi przez UOKiK, który egzekwuje przepisy konsumenckie i jest przyzwyczajony do trzymania firm przy tym, co same opublikowały. Producent, który dziś opublikuje 810 złotych za wymianę wyświetlacza, będzie później rozmawiał o własnej liczbie zamiast o liczbie konkurenta, i dokładnie tę różnicę warta jest wcześniejsza publikacja.
Czytaj dalej: Google ma 60 dni, by uwolnić płatności | Bruksela ukarała ocenę ryzyka, a nie podróbki



